Nie jestem typowym radiowcem, wolę słuchać niż mówić. A teraz postanowiłem pisać...
Myć się czy wietrzyć?
wtorek, 15 maja 2012 00:00
Obrazek z Demotywatorów pasuje jak ulał do tematu. Znalazłem go gdy szukałem zdjęcia książki Małgorzaty Sokołowskiej „Myć się czy wietrzyć? - dramatyczna historia higieny". Leń ze mnie, skanu nie chce się robić. Pani Małgosia nie jest higienistką tylko polonistką i pasjonatką historii. Opowiada lekko, z wdziękiem opisuje średniowiecze w którym się myto i renesans w którym się wietrzono. Z książki można się dowiedzieć, że Erazm z Rotterdamu nie zalecał podawania ręki na przywitanie osobie robiącej akurat kupę, a król Jagiełło był najbardziej łaskawy, gdy petentów przyjmował podczas wypróżniania się. Czy to niesmaczne? Nic bardziej błędnego. Małgorzata Sokołowska jest daleka od epatowania wulgarną dosłownością, ona po prostu opisuje dzieje obyczaju.
Żeglarzem to ja nie jestem. Więcej dla mnie lęków z pływania niż przyjemności. Tak jakoś mam. I pomimo kilku prób polubienia, najlepiej czuję się na materacu w ciepły słoneczny dzień na jeziorku. W kajaku też czuję się dobrze i lubię płynąć podziwiając krajobraz. Ale morze i i żagle to już nic z tych rzeczy. Wielkość fal i odległość od lądu działają na mnie depresyjnie. Rozumiem jednak tych dla których morze jest wyzwaniem i spełnieniem. Tym bardziej, że zwykle spełnienie marzenia o żegludze wymaga sporych funduszy, wyrzeczeń i konsekwencji. Dziś właśnie poznałem człowieka, który opowiada o rejsie z ogromnym entuzjazmem. To Maciej Orczykowski wybierający się samotnie w rejs na Islandię.
Dziś wyjazd do Kartuz. Gorący majowy dzień. Gdyby nie dziesiątki tablic reklamowych mijanych przy drodze byłaby jeszcze architektura i soczysty zielony krajobraz. Nie ma krajobrazu są reklamy. Mija mi droga na kontemplacji proszków na wzdęcia, wulkanizacji, promocji schabu bez kości i radosnych wiosennych doładowań na kartę oraz w abonamencie. Jadę między innymi w tej właśnie sprawie, żeby zapytać czy istnieje w Polsce miejsce na plakat artystyczny, społecznie ważny, kształtujący wrażliwość treścią i formą. W Galerii Refektarz w Kartuzach Sławomir Witkowski przygotowuje wystawę swoich studentów z ASP w Gdańsku. To mają być powstałe w czasie zajęć na uczelni plakaty zaangażowane. Jadę właściwie z tezą, że Pan wykładowca i prodziekan na Wydziale Grafiki właściwie zawraca gitarę studenterii jakimiś wydumanymi zajęciami plakatowymi.
Rzadko miewam tzw. męskie wieczory. Bo to co interesuje przeciętnego faceta jest dla mnie mało porywające. Rywalizacja za wszelką cenę kto wypił więcej, kto zaliczył więcej i kto jest większym kozakiem, mierzi mnie i całkowicie nuży. Co innego gdy faceci sprawdzają się sami dla siebie. Ich poczucie wartości nie zależy od grupy rówieśników. Mają spokojną pewność swojej męskości. Dziś spotkałem właśnie takich dwóch facetów. Rafał Król skończył właśnie samotną wyprawę przez Spitsbergen. Zrobił 400 km. Paweł Łączny przeszedł wzdłuż Bałtyku od Świnoujścia po Hel. Eskapada zajęła mu 9 dni. Spotkali się w Gdyni żeby po prostu pogadać. Wytrawnych dwóch mężczyzn, którzy nie muszą się ścigać. Mają spokój i pewność własnej wartości. Można spać spokojnie jak Rafał na zdjęciu obok zrobionym przez Pawła podczas wspólnej eskapady przez Haiti. Posłuchaj rozmowy z Rafałem i Pawłem:
Artur Ceroński ma niewątpliwie dar. Jest charyzmatyczny. Jego opowieść wciąga. Zaczyna się zabójstwem przypadkowo spotkanego mężczyzny, a potem napięcie rośnie. Są w niej domy publiczne i hardcorowe praktyki seksualne. Oszustwa na grube miliony. Chęć zabicia żony strzałem w głowę. Narkotyczne jazdy bezwzględnego przestępcy odurzonego koką... Potem gdy napięcie narasta następuje nagła przemiana. Odkrycie, że jest Bóg... Ceroński jeździ po kraju i daje świadectwo wiary. Zakłada swój Kościół. Zostaje pastorem. Opowieść potrafi prawdziwie poruszyć. A ja wychodzę po spotkaniu i nie czuję się lekko. Nie śpiewam „Alleluja!". Jakbym stał w kruchcie Kościoła Cerońskiego i dar nie spłynął na mnie.
Skończył się najdłuższy weekend współczesnej Europy. Trwał cały tydzień. A ja bardziej pracowałem niż odpoczywałem. Towarzystwo radiowe wzięło urlopy, a ja zostałem jak ta palma na pustyni na placówce. Nie narzekam, a nawet dzięki temu dotknąłem nowych światów. Prosiła mnie m.in. Iwona Borawska o zrobienie rozmowy z malarką z Katalonii. To Ci dopiero, ja ignorant i sztuka w GTPS o której nie mam zielonego pojęcia. Ale malarka podobno ważna, egzotyczna przez przesympatyczna. Kurdeusz trochę małą mam ochotę i specjalnego zapału nie przejawiam. Jednak gdy usłyszałem, że to Polka, która wyjechała tam 17 lat temu i zrobiła karierę od razu się ożywiłem.
Dzisiaj rano lęki od ręki. No, nie pojadę tam, nie spotkam się. Nie odrobiłem pracy domowej. Nie wystarczyło po prostu czasu. Na tę rozmowę narobiła mi apetytu radiowa koleżanka Asia Matuszewska przysyłając maila opatrzonego dopiskiem „Koniecznie musisz zrobić Herbatę z tym gościem!" W liście wcześniej lapidarne stwierdzenie „W Bibliotece Miejskiej w Oliwie odbędzie się spotkanie z cyklu Zbrodnia w Bibliotece z Krzysztofem Koziołkiem autorem książki „Bóg nie weźmie w tym udziału". Lektura bezkompromisowo podobno skłania do refleksji nad zasadnością przywrócenia kary śmierci. Brzmi trzeba przyznać obiecująco, tylko zabrakło czasu na kupienie książki, przeczytanie i przygotowanie się do rozmowy. Kurna jego raz... Co robić?